Archiwum marzec 2023, strona 1


*****
09 marca 2023, 10:15

Siedział nad czarnym spodkiem, zapatrzony w nieruchomą zupę. Matka przed chwilą ją nagotowała. Wiedział, że nie może odmówić matce zjedzenia zupy. To by źle się skończyło. Matka wpadłaby w szał albo, gorzej, w jeden ze swoich katatonicznych stanów. Zaczął więc chlipać łyżka za łyżką. Przewracał przy tym czarnymi oczami, patrząc na matkę.

- Pośpiesz się. Masz na siódmą do pracy.

- Tak, mamo.

- A choć pajduchy chleba nie zapomnij.

- Wykluczone, nie zapomnę.

Absurdalność jego życia coraz bardziej go ogarniała. Zsunął ręką okruchy ze stołu, zarzucił na ramię torbę i wyszedł z domu.

Matka została sama.

Zawsze miał wyrzuty sumienia, kiedy ją zostawiał, choć wiedział, że jest dorosły i musi pracować.

Był ciekaw, czy dom i matka w jego wnętrzu wyglądają tak samo, kiedy jego nie ma. Nigdy się tego nie dowie.

Po niebie płynęły ciemne zwały chmur, wiał przenikliwy wiatr. W oddali usłyszał dzwonek. To rower listonosza. „O nie” – pomyślał.

- Dzień dobry, R – powiedział chudy i pomarszczony, a jednak ciągle wykrzywiający twarz w uśmiechu listonosz. - „Do pracy?” - zapytał.

- Tak.

- Chmurno dzisiaj. Chyba będzie deszcz.

- Być może.

- W „Wiadomościach” wczoraj mówili, ze będzie – listonosz nie dawał za wygraną.

- Nie wiem, nie słuchałem.

R pomyślał: „Wieczorem muszę się pomodlić, aby być sobą, dotrzeć do swojej istoty”.

- Do widzenia – powiedział z ulgą i ruszył przed siebie. Listonosz zdziwiony został z tyłu. Po chwili zmienił się tylko w małą czarną kropkę.

R słyszał już masyw fabryki. Chrzęst kół zębatych i skrzypienie dźwigów dało się wyczuć już z pewnej odległości. Za chwilę fabryka wchłonie go, jej ciemna masa wessie jego ciało do środka, tak że staną się jednym.

W hali produkcyjnej, przy tępomłocie zastał swojego spoconego kolegę, K.

- Musimy dziś wyrobić normę.

- Jak to?

- Co, jak to? Dyrektor tam powiedział i tyle.

R pomyślał: „Co to ma do chmur na dworze? Co to ma do matki w domu”?

Założył chałat i zabrał się posłusznie do pracy. Po jakichś dziesięciu minutach jego umysł złączył się z maszyną, tak że nie było w nim już miejsca na nic innego. Jego myśli pracowały w rytm uderzeń młotków, dźwigienek i drążków, a każde uderzenie tworzyło rzeczywistość. Jak mógł się przedtem gniewać na świat dookoła? Przecież był on taki prosty.

 

*****
09 marca 2023, 10:04

Szedł sam. Osiedle całkiem nie opustoszało z ludzi, na placu zabaw wałęsało się paru rodziców z dziećmi. Zastanawiał się, czy on też kiedyś będzie jak ci rodzice, pełen zwyczajnych trosk, choć nieświadomie stąpający we mgle.

Niektóre dzieci marudziły, rzucały zabawkami i chciały uciec. Zmęczeni rodzice nie reagowali.

Przysiadł się na ławeczce do jednej babci w okularach. Obserwował ukradkiem jak kobieta obraca miarowo kłębek wełny, dziergając na drutach. Wydawała się zahipnotyzowana tą czynnością.

On sam nie miał celu, na którym mógłby się oprzeć. Kierowała nim pustka, pchając go siłą rozpędu jak wiatr dmuchający w żagle.

Próbował zrozumieć życie. Zrozumieć bacie robiącą na drutach i jej rozkapryszonego wnuczka wcierającego piasek we włosy w piaskownicy.

Czuł, że nie przynależy do tego świata. Że jego nerwowe tiki nie spodobałyby się bywalcom tego osiedla, gdyby poznali go bliżej. Jednak musiał przyznać, że czuł się z nim w jakiś sposób związany. Mieszkał tu już osiem lat. Otaczające go bloki z szarej płyty znał jak własne sznurówki albo własną szlafmycę.

W pewnym momencie zerwał się z ławki i zrzucił płaszcz. Pod spodem był nagi. Czuł jak wiatr prześlizguje się po jego odkrytym ciele. Wolność smakowała jak gorzka morska woda, jak cierpki owoc. Na wietrze ślizgali się dawni bogowie, którzy przyzywali go do siebie.

Nie zauważył nawet, że kobieta obok zaczęła krzyczeć, a rodzice w panice zabierać dzieci z placu zabaw.

 

*****
09 marca 2023, 09:48

Przed północą zazwyczaj łapali gwiazdy. Dziewczynka o jasnych splecionych włosach i mały Żyd. Wojna już ubierała się w swoje purpury i fiolety i upuszczała żółci. Dziewczynka wskazała na spadającą gwiazdę:

- Myślisz, że Hitler ją dopadnie?

- Tak, myślę, że tak.

Wiedziała, że nazajutrz wszystko będzie jak zazwyczaj. Matka będzie zarabiać ciasto na chleb, a ojciec będzie ćmił fajkę w drewnianym kącie domu.

Dotknęła zimnej dłni Izaaka. Jego dłoń błyszczała jak tamta spadająca gwiazda. Była tak samo nie do życia i żywa zarazem.

Potem turlali się po zanurzonym w nocy pagórku porośniętym gęstą trawą. Spadek był miękki. Obydwoje wiedzieli, że jutro Niemcy zabiorą Izaaka i jego rodzinę, ale póki co mogli się tutaj bawić. Jedna z gwiazd porozumiewawczo mrugnęła do nich i uśmiechnęła się. Hanka wyciągnęła rękę i ściągnęła ją dla Izaaka.

A potem na pagórek wtargnęli Niemcy. Ostrzelali pnie drzew, minami wyryli dziury w ziemi. Jeden z nich pociągnął Izaaka z ucho i wsadził do ciężarówki. Hanka nie rozumiała, przecież mieli przyjść jutro…

Potem długo jeszcze błąkała się samotnie po pagórku. Nad ranem przyszła do domu. Matka ofuknęła ją. Dlaczego nie było jej całą noc? Potem spojrzała na twarz córki. Mała opowiedziała jej o Izaaku. Obydwie popłakały sobie, a ich łzy spadały do srebrnej miednicy. Później matka wyniosła je kurom. Ojciec też zareagował. Choć już nie tak emocjonalnie. Rozerwał koszulę na piersi i potargał włosy. Unurzał twarz w piasku.

Niemcy przetrząsnęli ich dom. Powyrzucali z szaf halki i opończe, galoty ojca. Pili między sobą bruderszafty. Zajadali się ich kapustą kiszoną aż brzuchy mieli jak beczki. Popchnęli mocno kolbą Hankę i poprowadzili do sąsiedniego pokoju. Tam zgwałcili. Matka zwisłoucha oklapnięta siedziała na krześle. Cisza w domu jak makiem zasiał. Hanka opatruje swoje obolałe ciało. Na dworze klekoczą bociany i brodzą w niesczęściu, które rozlało się nad światem.

 

Dróżnik
09 marca 2023, 09:45

Dróżnik

 

Zlewał się z szarością torów. Ledwo odróżniał się od bieli przydrożnych brzóz, kiedy była mgła. Naprawiał tory, kiedy przemokły albo kiedy wypadła śruba. Nie lubił swojej pracy, bo wolałby poić słonie.

Praca ta jednak go wciągała. Lubił chodzić po zabłoconych torach w deszczu, kiedy nie wiedział, dokąd idzie i tylko czekał na los.

Deszcz lał się strugami na jego włosy, skapywał mu z nosa i z brody. Nienawidził swoich sąsiadek. Nienawidził, kiedy codziennie rano mówiły mu „dzień dobry” i podlewały kwiatki w ogródku. Ale teraz szedł przez deszcz i nic go nie dotyczyło. Jutro kupi kwiaty Kornelii i oświadczy się jej.

Kiedyś przestawił tory, tak że pociąg zamiast do Pułtuska pojechał do Radzymina. Był z tego dumny. Ale teraz zaczął płakać w deszczu. Czuł, że marnuje swoje życie. Najchętniej zrobiłby coś, zrobiłby coś wielkiego, ale nie wiedział, co. Chciał kochać się z Kornelią, teraz i tutaj, lecz zabrakło mu odwagi, aby iść do niej do domu i zapukać. Chciał jakoś wyrwać się z matni ciągle powtarzającego się życia. Ale czy to w ogóle możliwe?

Kedyś pojechał na konferencję dróżników do dużego miasta. Wszyscy zgłaszali jakieś wnioski, wnosili poprawki, itd. Był jednym z niwielu, którzy siedzieli cicho. Czuł, że i tak nie przebije się przez tę gęstą mgłę utworzoną z głosów i gestów innych. Zawsze tak było. Niby miał wiele do powiedzenia, ale ogarniało go wrażenie, że jego słowa są niwelowane przez innych zanim jeszcze je wypowie.

Mieszkał sam. Ubolewał nad tym, ale z drugiej strony nie wyobrażał sobie jak mógłby dzielić dach z kimś innym. Dlatego ciężko było mu się przyzwyczaić do myśli, że za kilka miesięcy ma się ożenić z Kornelią.

Poznali się na wiejskim jarmarku. Obydwoje stali obok bawiącego się tłumu i tak zaczęli rozmowę. Dróżnik był zdziwiony, że poznał kogoś podobnego do siebie. Kornelia dziwiła się czasami, że nie przynosił jej róż jak inni chłopcy swoim dziewczętom, ale zamiast tego bratki, cmentarne kwiatki.

Często rozmawiali o przeszłości. O błędach, których nie dałó się już zmienić, o porażkach. Jej koleżanki pukały się w czoło: „on cię do grobu pociągnie za sobą”. Ale ona starała się na nie nie zwracać uwagi. To prawda, czuła się nieswojo, kiedy przebywała z Dróżnikiem, ale nigdy nie było nudno. Mówiąc szczerze, zawsze w czasie ich rozmów przenikał ją dreszcz, który szedł od szyi aż do dołu pleców.

Poszli kiedyś na zabawę połączoną z jarmarkiem. On kupił jej watę cukrową, zestrzelił dla niej dwa misie w odpustowej grze. Ale ona czuła, że naprawdę go tam nie ma, że myślami był gdzie indziej. Potem kochał się z nią gwałtownie i nieodpowiedzialnie, jakby chciał przebić się przez jej ciało i wyjść po drugiej stronie rzeczywistości.

Przedstawiła go swoim rodzicom. Było ciepło, drzewa szumiały, bzy pachniały, kiełbasy syczały na patykach rpzy ognisku w przydomowym ogrodzie. Rodzice byli wiosennki, letni, uśmiechnięci. On był jesienny, zimowy, pochmurny. Spytali, jakie ma plany. Powiedział, że nie wie, to się okaże z czasem. Rodziców to zdumiało. Byli tam też jej przyjaciele. Poklepywali go po koleżeńsku po plecach, mówili „Jak się masz?”, ale on stał pośród nich w swoim ciemnym garniturze jak czarna plama na tle letniego popołudnia.